| |
V.
DUSZPASTERSTWO LITURGICZNE
Ks.
Ryszard Knapiński
Kicz w kościele*
Status Questionis
Potrzebna jest refleksja na temat sztuki w naszych kościołach. Powinna
ona obejmować rozważania nie tylko o sztuce, jaką stosujemy, wyposażając
wnętrza kościelne, lecz także to, co proponują sklepy i wydawnictwa
trudniące się handlem dewocjonaliami. Należy zauważyć również, jakiego
typu obrazy religijne zdobią nasze mieszkania, jeśli w ogóle jest
tam dla nich przewidziane jakieś miejsce. Czy forma, styl i jakość
artystyczna wyrobów sztuki chrześcijańskiej dobrze służy ukazywaniu
prawd wiary i odpowiada wielkości Tajemnicy, do jakiej się odnosi?
Postawmy wprost pytanie, dlaczego w naszym otoczeniu, w szeroko
pojmowanej przestrzeni sakralnej jest tak dużo kiczu? Czym jest
kicz? Co sprzyja jego powstaniu i rozwojowi? Oto przedmiot naszej
refleksji.
Przed ponad pół wiekiem problematyce tej poświęcił studium Richard
Egenter, stawiając bardzo ostro problem, czy kicz jest grzechem
1. Kto nie zauważa ciężaru
tego problemu, wydaje się należeć do tych, o których Psalmista mówi:
"mają oczy, a nie widzą" (Ps 115,5), albo przeżywa swoją
wiarę bardzo powierzchownie. Autor podjął próbę określenia tego,
czym jest kicz, jakie są jego korzenie, czym się żywi i jak umacnia
się jego trwanie. W części analitycznej rozważania są pogłębione
na świadectwach poddających ocenie kiczowaty charakter sprawowanej
liturgii w prymitywnie i prowizorycznie wyposażonych wnętrzach kościelnych,
z towarzyszącą jej niewłaściwą muzyką i banalnymi śpiewami, nie
sprzyjającymi głębszemu przeżyciu wiary. Patologia kiczowatości
ma swe odpowiedniki w literaturze religijnej, formach nabożeństw,
niestety, także w stylu sprawowania duszpasterstwa. Autor formułuje
postulaty, jak można przezwyciężać kicz w otoczeniu sakralnym. Kicz
jest wyrazem kryzysu ducha wiary. Diagnozy doprowadzające do takich
stwierdzeń nie są mile widziane przez duchowieństwo i czasami budzą
odruchy obronne. Skoro w seminariach duchownych redukuje się obecnie
liczbę zajęć z zakresu historii sztuki i ochrony zabytków, nie wydaje
się, by rychło mogła nastąpić poprawa 2.
Przenosząc rozważanie na płaszczyznę etyki, można zapytać, czy głupota
jest grzechem? W teologii moralnej odróżnia się ignorancję niezawinioną
od zawinionej. Podczas, gdy niezawiniona nie obciąża sumienia, druga
powinna rodzić poczucie winy i pociągać do odpowiedzialności. Jeszcze
gorzej jest w przypadku ignorancji świadomie i z uporem podtrzymywanej
- ignorantia crassa et supina - ta może być nawet grzechem ciężkim.
Z ignorancją idzie w parze głupota. Tak jak można mówić o głupocie
zawinionej, tak samo można oceniać zawinione "bezguście", polegające
na zaniku wrażliwości estetycznej i braku poczucia odpowiedzialności
za obraz proponowany wiernym do kultu. Podobnie, jak istnieją puste
słowa, tak samo spotykamy "nieme" obrazy, pozbawione treści lub
je zubażające. Kiczowate obrazy wręcz ogałacają bogactwo Tajemnicy
z jej głębi w procesie przekazu treści. Kicz jest na pewno grzechem
zaniedbania, polegającym na niewidzeniu, a do tych, którzy kicz
tolerują lub go propagują, można odnieść wyrzut Jezusa skierowany
do faryzeuszów: "mają oczy, ale nie widzą" (Mt 13,13). Trzeba zadać
sobie pytanie, czy przypadkiem nie zbyt łatwo przyzwyczailiśmy się
do otaczającego nas kiczu? Może jest w tym jakaś analogia do belki
tkwiącej w naszym własnym oku? Bo do tego też się można przyzwyczaić.
Zagadnienie ma jeszcze inny aspekt. Na ogół kiczowate wyroby mają
niską cenę, łatwo się je sprzedaje, a więc i na kiczu da się nawet
nieźle zarobić!
Rozważania nasze mają charakter ogólny, łączą wiele aspektów i są
pewnym moralnym przesłaniem. Można je potraktować jako apel skierowany
szczególnie do duchowieństwa i tych, którzy wraz z nim są zaangażowani
w budowę i wystrój współczesnych kościołów, ale także do wszystkich
ludzi wrażliwych na wartości estetyczne. Niekorzystny splot czynników
politycznych i materialnych sprawił, iż w ostatnim półwieczu powstało
w Polsce dużo budynków kościelnych o prowizorycznej strukturze,
bez przemyślanych założeń programowych, które mimo woli stały się
monumentami kiczu. Z drugiej strony sama nowoczesna architektura
nie wystarczy, aby tym samym kościół był udanym obiektem sakralnym.
Kryzys sztuki kościelnej obejmuje zarówno jej wytwarzanie, percepcję,
jak i promocję. Nawet ci, którzy są odpowiedzialni za czystość i
jakość przekazu wiary, zagubili się i czasami nie odróżniają już
ziarna od plew. Dokonał się rozdźwięk między Kościołem i artystami.
Podejmowane próby dialogu są krótkotrwałe i nie przynoszą rezultatów.
Ten zauważalny pogłębiający się rozdźwięk ma różne przyczyny. Z
przykrością trzeba stwierdzić, że Kościół zasklepił się w konserwatyzmie
estetycznym. Duchowieństwo preferuje amatorszczyznę, a w wystroju
wnętrz dominują rozwiązania prowizoryczne. Niejednokrotnie do wnętrz
kościołów wprowadza się produkt zastępczy - namiastkę prawdziwej
sztuki. Coś trzeba z tym problemem zrobić! Mówiąc metaforycznie,
trzeba oczyścić "stajnię Augiasza", wymieść nagromadzony
brud i wiekowy kurz, poddać odkażeniu wnętrza, dodać im światła
i blasku oraz przewietrzyć!
Problem jest poważny, ponieważ oddziaływanie kiczu można porównać
do działania szkodliwych bakterii, które zakażają organizm. Z powodu
kiczowatego wystroju wnętrz, z powodu kiczowatej liturgii i kazań,
wielu ludzi oddaliło się od Kościoła. Kiedy przestają czerpać pokarm
z tego, co im Kościół oferuje w swoim "serwisie duszpasterskim",
zostają pozbawieni możliwości włączenia się w życiodajny obieg łaski
i treści wiary. I tu wydaje się słuszne stwierdzenie, iż szatan
posługuje się kiczem do odciągnięcia ludzi od wiary. Kicz może irytować
albo wprowadzać w inercję, w swoisty błogostan. W stwierdzeniu tym
nie ma przesady, bowiem "ojciec kłamstwa" po mistrzowsku
potrafi posłużyć się blichtrem i politurą kiczowatych figurek i
obrazków, dając wiernym pozór zaspokojenia autentycznego głodu wiary.
A tymczasem stopniowo dokonuje się proces wyobcowania z Kościoła.
Jedynie co jakiś czas sprowokowane działaniami artystów skandale
poruszają na krótko opinię publiczną, budząc zgorszenie nie tylko
ortodoksyjnych zelotów wiary. W tle słychać szyderczy rechot szatana.
Co z tego wynika? Czy budzi do opamiętania prowokatorów i ich promotorów?
Czy skłania nas do rewizji własnego stosunku do obrazów i sztuki
w Kościele? Od czasu do czasu Kościół staje się celem destrukcyjnych
działań artystycznych. Gorzej, gdy sam robi krok w kierunku przepaści,
omamiony urokiem kiczu 3.
Czym
jest kicz?
W
perspektywie historycznej wydaje się, że największy rozkwit kiczu
dokonał się pod koniec XIX w., a jego obecność trwa nieprzerwanie
do dzisiaj.
Etymologicznie nazwa pochodzi od angielskiego wyrazu sketsch, oznaczającego
szkic, co niewystarczająco oddaje istotę zjawiska, ponieważ spotykamy
zarówno skończone dzieła kiczowate, jak i niedokończone szkice,
reprezentujące wysokie walory estetyczne i artystyczne, będące same
w sobie dziełami sztuki.
Kicz jest takim wytworem działalności plastycznej człowieka, który
odpowiada zapotrzebowaniu na przeżycie piękna, lecz nie zaspokaja
go, pozostając dziełem niekompletnym lub niepogłębionym, w szerokim
sensie niedokończonym. Przytoczmy przyjęte oficjalne definicje.
Jedna z nich podaje: "kicz, nazwa potoczna określająca lichy,
bezwartościowy wytwór sztuki plastycznej lub utwór literacki, używana
od końca XIX w. w monachijskim handlu dziełami sztuki, przyjęta
w polskich środowiskach artystycznych w 1 poł. XX w." 4.
Nieco obszerniejsza jest druga definicja: "kicz, utwór (lit.,
film., plast. itp.) o małej wartości artystycznej, apelujący do
przeciętnych gustów odbiorców sztuki, utrwalający ich stereotypowe
poglądy o świecie i sztuce oraz powierzchowne emocje; charakterystyczny
wytwór seryjnej produkcji przedmiotów sztuki, często nie pozbawiony
cech rzemieślniczej sprawności; określenie bezwartościowych obrazów
powstałe ok. 1870 r. w monachijskich kołach malarskich" 5.
Rozważanie o dziele sztuki lub o kiczu zakłada istnienie określonej
struktury dzieła. Jest ona wynikiem zaakceptowania wybranej, jednej
z wielu definicji sztuki. Jak wiadomo, pojęcie to ewoluowało przez
wieki i było rozmaicie definiowane 6.
Jeśli przyjmiemy jedną z będących w obiegu definicji, że sztuką
jest każde działanie człowieka, które pozostawia ślad, to wówczas
właściwie nie ma miejsca na kicz, bo w takim ujęciu łatwo będzie
go obronić jako przejaw działalności człowieka.
Podobną trudność można napotkać, gdy w definicji sztuki postawi
się na swobodę i spontaniczność działania twórcy. Wówczas nawet
brzydota może zostać dowartościowana. A zatem wydaje się, iż pojęcie
kiczu funkcjonuje jedynie w relacji do pewnej określonej definicji
sztuki, która zakłada strukturalną budowę dzieła sztuki. W średniowiecznych
definicjach nie odróżniano sztuki jako wytwórczości - ars, od przedmiotu
będącego jej wytworem. Nazywano tak umiejętność wytwarzania pięknych
przedmiotów. A to z kolei pociągało za sobą konieczność określenia,
czym jest piękno. Czy jest kategorią prostą, czy złożoną. Według
św. Tomasza z Akwinu piękno składa się z trzech przymiotów: integritas,
proportio i claritas. Brak któregoś z tych elementów dyskwalifikuje
przedmiot jako dzieło sztuki.
Analogicznie przebiega analiza strukturalna dzieła na płaszczyźnie
filozofii platońskiej, w której wyznacznikiem będzie nadanie właściwej
formy bezkształtnej materii. Materia jest zaprzeczeniem ducha. Dopiero
nadanie jej formy wydobywa z niej piękne kształty służące wyrażeniu
treści (ekspresja). Obrana przez artystę forma sprawia, że widoczne
stają się treści ukryte w dziele. Zadanie sztuki upatrywano w tym,
żeby czyniła widocznym to, co niewidzialne. W takim rozumieniu dzieło
funkcjonuje jako znak będący nośnikiem tych treści, które oznacza
lub symbolizuje. Kicz nie rozgranicza tych poziomów znaczeń, nadając
przedstawieniu jedynie materialną postać.
W wytworze określanym jako kicz następuje przewartościowanie składników
dzieła takich jak np. kolorystyka, ozdobność, linearność, rysunek
i kompozycja oraz równoczesne niedowartościowanie istoty przedstawienia.
W kiczowatym dziele atryŹbuty i ozdobniki uzyskują rangę istoty
dzieła. Temat stwarza dla nich okazję do zaistnienia. W tym przypadku
"piękność" staje się bardziej istotna niż sam temat, przedmiot obrazu
zostaje bowiem zdegradowany do poziomu atrybutu, jest tylko okazją
do popisu dla twórcy - amatora lub w niewielu przypadkach zmanierowanego
profesjonalnego artysty.
Kicz jest powierzchowny, nie prowadzi do zgłębienia bogactwa znaczeń
treściowych obrazu. Oddziałując na zmysły odbiorcy, budzi jego uczucia
i emocje. Przykładem mogą być tchnące słodkością "lukrowane" Madonny
o miękkich, regularnych, gładkich kształtach, albo seryjnie produkowane
Piety, nieudolnie udające ból Matki Bożej po śmierci Syna, lub spokrewnione
z nimi przedstawienia Matki Boleściwej. Tak np. znana z licznych
reprodukcji Dolorosa, będąca przetworzonym echem toposu autorstwa
Carlo Dolci, jest jakby portretowym ujęciem Maryi stojącej pod krzyżem.
Wygląda nienaturalnie, jakby pozowała do fotografii w momencie przeżywania
bólu. Gdy artysta nie trafia do sedna, stylizuje, upiększa, to w
końcowym efekcie powstaje przedstawienie nienaturalne, sztucznie
upięknione, bez ekspresji, wyraz boleści jest tak samo nieprzekonujący,
jak szminka na ustach Maryi Bolesnej. Kicz posiada korzenie w warstwie
przeżyć emocjonalnych swego twórcy.
Kicz
zamierzony
Malarstwo
komercyjne, wykonywane seryjnie, w dużych ilościach trafia do handlu.
Dawniej popularne były tzw. oleodruki odbijane w wysokich nakładach.
Dzisiaj robi się z nich kiepskie reprodukcje, które już nie posiadają
nadrukowanej czy wytłoczonej faktury płótna. Są najczęściej sprzedawane
na odpustowych straganach oraz w tandetnych sklepach z dewocjonaliami.
Byle jakie pomieszanie farb tworzące kakofonię kolorów, błędy rysunkowe,
bagatelizowanie prawideł perspektywy liniowej i powietrznej zdradzają
nieprzygotowanego autora, który dla pieniędzy podejmuje się tworzenia
na zamówienie.
Zjawisko ma jeszcze swoje "drugie dno". Dzisiaj kiczowi
sprzyja nastawienie na eksperymenty niektórych współczesnych artystów,
zafascynowanych wolnością tworzenia i przetwarzania tradycyjnych
tematów 7. Pogoń za nowością
i nieustanne eksperymentatorstwo wywołują często efekt pretensjonalnej
tandety - jak pisze Elżbieta Wolicka - epatującej zręcznością w
posługiwaniu się niekonwencjonalnymi środkami technicznymi, pomysłowością
i zabawą materiałem, bez wyraźnie określonego celu 8.
Powstawaniu kiczu sprzyja dzisiaj programowy antyestetyzm pewnych
kręgów artystycznych. Łączy się on także z kontestacją wartości
transcendentnych, tradycyjnie uznawanych za absolutne i niepodważalne.
W postawach i twórczości niektórych artystów manifestowana jest
pogarda i wręcz świętokradcze podejście 9.
Jednocześnie towarzyszy temu schlebianie modom, uzależnianie się
od czynników stymulujących wyobraźnię (narkotyki, alkohol), wprowadzających
artystę w trans, który nieuchronnie przeobraża się w różnego rodzaju
uzależnienia i niewolę, aż do kompletnej degradacji. Kryzys ducha,
ocierający się o granicę grzechu, staje się widoczny w twórczości
wielu artystów. Tworzy się namiastki religii, parareligijne systemy
lub wręcz antyreligię, która rodzi antysztukę 10.
Treści religijne, sacrum rozmywa się w morzu tandety 11.
Czy nie jest to grzech zaniedbania podszyty perwersją, wyhodowany
na podłożu świadomie podsycanej pychy? Echem odbija się w tym zamieszaniu
Lucyferowe non serviam - nie będę służył. Jeśli artysta, obdarzony
przez Stwórcę talentem, całą swoją twórczością lekceważy lub znieważa
Tego, któremu na imię Bóg - Piękno - Prawda - Dobro - Miłość, to
czemu, a raczej komu służy jego sztuka? Odpowiedź nasuwa się sama
Nie da się wykluczyć, że niejeden artysta, profesjonalnie przygotowany
do swego rzemiosła, z niechęcią, a czasami też i z lekceważeniem
podejmuje się przedstawienia religijnego tematu. Bywa, iż zamówienie
jest traktowane w kategoriach "fuchy", o czym świadczyć
może krążące w żargonie artystów pogardliwe określenie - roba da
Chiesa - rzecz przeznaczona dla Kościoła 12.
Często nie rozumie się tematu zamówienia i podchodzi do niego pobieżnie
lub z ignorancją. W wielu przypadkach, gdy ważniejsze jest zaistnienie
w mediach, bez wahania deformuje się i oszpeca temat, aby go obrzydzić,
a nawet świadomie prowokuje skandal. W tym przypadku tworzeniu towarzyszy
perwersja i nonszalancja. Opinia publiczna protestuje, wypowiadają
się autorytety, ale niewiele to pomaga. Usprawiedliwieniem takiego
podejścia jest niczym nie skrępowana wolność artysty, połączona
z kontestacją wszelkich kryteriów sztuki. Niestety, tak dzisiaj
wyraża się to, co dawniej określano w naukach o sztuce jako tzw.
Kunstwollen - jedną z kategorii określającej świadomą celu i zadań
sztuki, twórczość artystyczną.
Związki
sztuki z liturgią
Elżbieta
Gieysztor-Miłobędzka zwróciła uwagę na relacje między sztuką i liturgią
w okresie Tridentinum i po Vaticanum II 13.
Autorka wskazuje na służebny charakter sztuki wobec liturgii 14.
W okresie potrydenckim istniała zgodność Kościoła z ówczesnym życiem
i tradycją, podczas gdy współcześnie pogłębia się rozejście liturgii
i sztuki 15. Sobór Watykański
II nie zdołał zahamować procesu rozdźwięku między liturgią i życiem,
między liturgią i sztuką. Zerwane zostały tradycyjne więzi. Obserwując
nasze kościoły, odnosi się wrażenie, iż wiele współczesnych aranżacji
przestrzeni liturgicznych jest nieadekwatnych do sprawowanego Misterium
Eucharystii. Stan ten jest odbiciem poziomu wiary nie tylko artystów
i architektów. Kryzys współczesnej sztuki sakralnej łączy się z
kryzysem w przeżywaniu sacrum 16.
Pojęcie to ulega dewaluacji, ale pomimo to jest przydatne w rozważaniach
na poziomie teorii.
Sztuka sakralna to sztuka związana z budynkiem kościelnym, zgodna
z doktryną i liturgią, w odróżnieniu od "sztuki religijnej",
za którą zwykło się uważać tę powstałą jedynie pod wpływem inspiracji
religijnej 17. Niekiedy
jest ona również sztuką sakralną, ponieważ uobecnia rzeczywistość
najwyższą. Dzieła sztuki będące na wyposażeniu kościoła są znakami
i symbolami tej rzeczywistości. W pewnym sensie stają się wizuŹalną
kontynuacją liturgii - loci theologici - jak je określa E. Gieysztor-Miłobędzka.
Autorka podkreśla "rolę liturgii jako dyrygenta semantycznej,
funkcjonalnej i strukturalnej (artystycznej) organizacji kościoła"...
Kiedyś każdy składnik włączony był do continuum znaczeń i to stanowiło
o semantycznej jedności kościoła 18.
Nasuwa się skojarzenie ze sztuką bizantyńską. W teologii ikony,
a odnosi się to również do malarstwa freskowego we wnętrzach bazylik,
znajdujemy ciekawe wskazania ikonologiczne określające wymowę takich
przedstawień jak Chrystus Pantokrator, Ethymasia, Maryja - Theotokos
czy Hierarchie niebieskie. One wszystkie uczestniczą w liturgii,
stanowiąc symboliczne uobecnienie tego, kogo przedstawiają. Kiedy
w kościele zakończy się celebracja Misterium Eucharystii i przebrzmią
chóralne śpiewy, a ludzie odchodzą do swych domów, wówczas w bazylice
nadal trwa liturgia - ta wieczysta. Jej szafarzami są wtedy namalowane
na sklepieniach i wewnątrz kopuły święte postaci.
W ciągu wieków Kościół był źródłem inspiracji dla artystów najwyższej
klasy we wszelkich dziedzinach sztuki (architektura, rzeźba, malarstwo,
sztuki zdobnicze), literatury i muzyki. Ich dzieła są dziś świadectwem
refleksji nad wiarą i na trwałe wpisały się do skarbca kultury powszechnej.
To, co dziś oglądamy jako zabytki w muzeach świata lub jako elementy
wyposażenia naszych kościołów, nieprzerwanie głosi wiernym Ewangelię
sobie właściwym językiem 19.
Dochodzenie
do kryzysu w sztuce kościelnej
Nie trzeba udowadniać, iż chrześcijaństwo to religia słowa i obrazu.
Jest truizmem mówić o wpływach chrześcijaństwa na dorobek kulturowy
ludzkości. Uświadomienie kulturotwórczej roli chrześcijaństwa jest
potrzebne dla potrzymania łączności Kościoła z tym, co jest dziedzictwem
minionego czasu. Nie powinno się o tym zapominać i nie można zezwolić
na to, by czynniki laicyzujące życie społeczne nieustannie ograbiały
Kościół z jego duchowych i materialnych dóbr i wartości. Takie działania
są nie tylko zubożeniem Kościoła, lecz destrukcją wymierzoną w duchowy
byt ludzkości.
Z drugiej strony obserwuje się odchodzenie artystów od Kościoła.
Proces rozmijania się artystów "awangardowych" z zapotrzebowaniami
na sztukę w służbie ewangelizacji stał się faktem. Zjawisko to,
nazwane skrótowo rozłamem sztuki i wiary, miało niejednakowy przebieg
w różnych krajach.
Artyści już dawno uniezależnili się od kościelnego mecenasa 20.
Sztuka dążąc do wyzwolenia spod wielowiekowej "opieki"
Kościoła poszła własną drogą. W XIX w. pojawiły się w niej kierunki,
które odrzuciły obowiązujący powszechnie i mający uznanie ze strony
Kościoła akademizm. Rozbrat artystów z Kościołem często przybierał
postać wyraźnej kontestacji, buntów i apostazji. Wraz z rewolucją
artystyczną kubistów, futurystów i dadaistów oraz kierunków od nich
pochodnych, zaczęto wyżej cenić niezależność, wolną od jakiegokolwiek
skrępowania swobodę tworzenia, niż służenie jakimś wzniosłym ideałom.
Przyjmowano własne ideologie, ogłaszano manifesty będące świadectwem
dążenia do podkreślania indywidualności artysty 21.
W głoszonych manifestach świadomie zrywano więzi z tradycją. Żyjąc
nieraz na marginesie egzystencji, artyści woleli wybrać niezależność
tworzenia i eksperymentowania, niż służyć "staremu Kościołowi"
w ciasnym gorsecie tradycyjnych kanonów.
Musiało to doprowadzić do nie zawsze wyrażanego expressis verbis
konfliktu postaw duchowieństwa i artystów. Jedni i drudzy odwrócili
się od siebie. Kler dawał preferencje pogrobowcom akademizmu, kierunkom
zachowawczym rodem od nazareńczyków i prerafaelitów, które to kierunki
programowo służyły przekazywaniu treści religijnych i historycznych
w obrazach formalnie komponowanych w manierze usztywnioŹnej teatralnej
pozy. Narzucili oni sztuce narracyjny i ilustracyjny charakter zawarty
w programach ikonograficznych realizowanych w polichromiach kościelnych
XIX i XX w. Kościół triumfował, ale triumf ten trwał zaledwie kilka
dziesiątków lat.
Zaistniały rozłam ma jeszcze inne podłoże. Ludzie Kościoła przestali
rozumieć dokonujące się w sztuce przemiany. Ich pojawienie się przypadło
na lata dwóch wojen światowych, rewolucji bolszewickiej i przewrotów
faszystowskich, które doprowadziły do długotrwałych kryzysów w skali
międzynarodowej. W tych czasach Kościół musiał sprostać nowym wyzwaniom
natury społecznej, światopoglądowej i pastoralnej. Duchowieństwo
nie było już zainteresowane pogłębianiem wrażliwości estetycznej,
ani kształceniem w zakresie historii sztuki, chociaż powierzone
mu zostały zabytki kościelne. Nie było warunków, by toczyć dialog
z artystami. Nastąpiła luka w relacjach. Wszelkie nowości były raczej
traktowane jako niewłaściwe na użytek kościelny. Sprawiło to, że
przez kilka dziesiątków lat artystyczna awangarda znalazła się w
kategorii twórców "sztuki odrzuconej" przez Kościół. Dodatkowo,
obok aspektów czysto formalnych, niejako obiektywnych, w tle przemian
ukrywały się również uprzedzenia osobiste, co sprawiło, iż zaistniała
izolacja obu środowisk coraz bardziej pogłębiała się. Nie było wprawdzie
żadnych anatem, nie rzucono klątwy na awangardę artystyczną, ale
dokonała się swoista schizma sztuki w obrębie Kościoła.
Tylko przedstawiciele elity duchowieństwa zdobywali się na zainteresowanie
nowymi kierunkami w sztuce. Większość pozostała przywiązana do sztuki
tradycyjnej i bardziej sprzyjała przesłodzonemu religijnemu kiczowi,
niż była skłonna otworzyć bramy dla nowości. Jednocześnie pojawiło
się szereg zjawisk ubocznych. Rozwijał się rynek sztuki. Handlowano
wszystkim, nie zawsze z zachowaniem reguł prawowitego pochodzenia.
Od rewolucji francuskiej prawie powszechnie uległa pogorszeniu sytuacja
materialna parafii we wszystkich krajach. Dlatego z ignorancji i
zagrożenia biedą duchowieństwo zaczęło sprzedawać stare przedmioty
kultowe, obrazy, rzeźby oraz wycofane z użytku utensylia liturgiczne.
Świadczyło to o niskim poziomie świadomości estetycznej kleru. Kościół
katolicki nie zdołał oprzeć się atakom laickiej sekularyzacji. Obok
grabieży handel dziełami sztuki kościelnej stał się jednym z czynników
zubażających dziedzictwo kulturowe. Nałożenie się rewolucyjnego
i anarchistycznego nastawienia awangardy artystycznej na niewrażliwość
kleru na wartości estetyczne nowej sztuki i zbyt małe przywiązywanie
wagi do kościelnego dziedzictwa kulturowego doprowadziły do sytuacji
krytycznej. Zabytki sztuki sakralnej znalazły się w zagrożeniu.
A doświadczenie ostatnich dziesięcioleci pokazuje, iż Kościół wciąż
nie do końca nauczył się czytać znaki czasu 22.
Sytuacja wymagała reakcji ze strony oficjalnych czynników kościelnych.
Należało odrodzić ducha estetycznego w Kościele i nawiązać osłabione
więzi ze światem artystycznym. Przełomowym zdarzeniem okazało się
przemówienie Pawła VI, wygłoszone do artystów w kaplicy sykstyńskiej
w 1964 r. Jego treść i ton są nacechowane troską o naprawienie zerwanych
związków Kościoła z artystami. Myśli apelu bardzo odbiegają od wypowiedzi
hierarchów sprzed ćwierć wieku. Warto przypomnieć ważniejsze fragmenty:
"...Kościół potrzebuje was. Nasza posługa wymaga waszej współpracy...
Wy umiecie znaleźć formy przystępne i zrozumiałe dla rzeczy niewidzialnych
- to wasz zawód i wasze powołanie... Jeśli zabraknie nam waszej
pomocy, nasza posługa stanie się jąkaniem i czymś niepewnym. Trzeba
przywrócić przyjaźń pomiędzy Kościołem i artystami. Co prawda nie
została ona nigdy zniszczona. Lecz, jak to się zdarza pomiędzy przyjaciółmi,
coś się zepsuło. Nie zniszczyliśmy naszej przyjaźni, ale zmąciliśmy
ją. Czy mogę pozwolić sobie na słowo szczere? Opuściliście nas trochę,
odeszliście daleko pić z innych źródeł, szukać - do czego zresztą
mieliście prawo - wyrazu dla innych rzeczy, już nie naszych... Niektóre
dzieła sztuki ranią nas strażników całej ludzkości, strażników pełnego
spojrzenia na człowieka...
Ale i my wzbudziliśmy w was zaniepokojenie, ponieważ nałożyliśmy
wam jako kanon naśladownictwo, wam, którzy jesteście twórcami, zawsze
żywotnymi i tryskającymi tysiącem pomysłów i tysiącem nowości. Mówiliśmy
wam, że posiadamy swój styl - trzeba mu sprostać, że posiadamy swoją
tradycję - trzeba jej być wiernym, że mamy swoich mistrzów - trzeba
ich naśladować, że mamy swoje kanony - nie istnieje inna droga.
Przygnietliśmy was ciężarem nie do zniesienia. Przebaczcie nam!
I my także opuściliśmy was". Dalej rysuje papież sytuację,
jaka wytworzyła się po rozłamie: "... uczyńmy dzisiaj pełne
confiteor, przynajmniej tu - obchodziliśmy się z wami bardzo źle,
uciekliśmy się do surogatów, do "oleodruków", do sztuki
o małej wartości i nikłych zaletach. Co prawda, na nasze usprawiedliwienie,
nie było wtedy sposobu, aby uzyskać dzieła wielkie, nowe i godne
podziwu. Zapuściliśmy się i my w kręte zaułki, gdzie źle się służyło
sztuce, pięknu oraz - co jest dla nas gorsze - kultowi Boga..."
23. Na zakończenie Soboru
Watykańskiego II skierowano orędzie do artystów: "świat, w
którym żyjemy, potrzebuje piękna, aby nie pogrążyć się w rozpaczy.
Piękno podobnie jak prawda budzi radość w ludzkich sercach i jest
cennym owocem, który trwa mimo upływu czasu, tworzy więź między
pokoleniami i łączy je w jednomyślnym podziwie" 24.
Kościół nie przestał pełnić roli mecenasa sztuki. Wzmożony ruch
budowlany stworzył możliwości dla wprowadzania nowych form malarskich
i rzeźbiarskich w wyposażeniu kościołów. Poprzez organizowanie dni
kultury chrześcijańskiej nastąpiło ożywienie innych dziedzin twórczości
artystycznej. Nowe impulsy pojawiły się w poezji, literaturze, teatrze,
filmie i muzyce. Po przeobrażeniach politycznych wzmogła się inspiratorska
rola Kościoła. Oczywiście zmiany gospodarcze niosą z sobą szereg
nowych problemów natury ekonomicznej, ale jest to już inna materia
i nie będziemy się nią zajmować. Kiedyś artysta, by być uznanym
i mieć zlecenia, szedł za wolą Kościoła (za klerem), dziś, jeśli
Kościół (kler) chce pozyskać artystę, musi mu wyjść naprzeciw.
Taką postawę dialogu z artystami, a poprzez nich ze sztuką, wykazują
wypowiedzi papieża Jana Pawła II, spośród których żywym echem odbił
się List do artystów 25.
Bardzo ciekawą inicjatywą był list zawierający rozważania teologiczne
poświęcone analizie piękna jako specyficznej formy Objawienia Bożego,
które na przełomie drugiego tysiąclecia opublikował kardynał Mediolanu
Carlo Maria Martini 26. Śladem tych autorytetów
kościelnych powinni pójść biskupi i duszpasterze lokalnych Kościołów.
Niestety, na tym poziomie świadomość wartości teologicznej, estetycznej
i kulturowej patrymonium artystycznego, nie wszędzie jest jednakowo
uświadamiana. Przyzwyczailiśmy się do rozwiązań prowizorycznych.
W wystroju naszych kościołów na ogół przeważa amatorszczyzna z dodatkiem
kiczu pseudoreligijnego. Tak niska jakość ikonosfery, w której sprawuje
się liturgię, nie licuje z ogromem Tajemnicy wiary, która spełnia
się na ołtarzu. Do tego dochodzi jeszcze jedna konstatacja, że od
wystroju kościołów parafialnych niedaleko odbiega wyposażenie niektórych
kaplic domów i rezydencji biskupich.
Nie sposób zatem odmówić racji Stanisławowi Rodzińskiemu, który
przed laty sformułował osobisty apel do hierarchów Kościoła w Polsce:
"Apologia chrześcijaństwa mogłaby oprzeć się na dwu tylko argumentach:
Świętych, których wyłonił Kościół i Sztuce, która wyrasta z jego
wnętrza. ... Jeżeli Kościół ma dalej nawracać, czyli uczłowieczać
świat - jak może odrzucać piękno? Nie powinniśmy ustawać w dążeniu,
by Kościół stał się ojczyzną piękna. Teolog nie kochający sztuki,
może być niebezpieczny. Ta bowiem ślepota i głuchota na piękno nie
jest sprawą drugorzędną, lecz może wycisnąć piętno także na jego
teologii....
Potrzebny jest list pasterski Episkopatu Polski, który byłby poświęcony
pięknu w życiu Kościoła i sztuce w życiu Kościoła. Głos Kościoła
o doniosłości roli sztuki jako, równie starym jak modlitwa, ogniwie
mogącym połączyć człowieka z Niewidzialnym wydaje się konieczny.
Inaczej zubożeje duchowy i ludzki wymiar życia kościelnego"
27. Jak się wydaje, głos Rektora Akademii
Sztuk Pięknych w Krakowie pozostał bez echa.
|